Humaniści w działaniu (VIII). Rozmowa z Andrzejem W. Nowakiem

Rozmowa z Andrzejem W. Nowakem (filozofem z Uniwersytetu Adama Mickiewicza) na temat jego nowej książki Wyobraźnia ontologiczna. Filozoficzna (re)konstrukcja fronetycznych nauk społecznych.

TSM: Zacznijmy od rozmontowania tytułu twojej książki. Piszesz w niej, że najbardziej interesujące i pobudzające społeczną wyobraźnię historie powstają obecnie nie w filozofii, lecz na polu literatury, popkultury czy antropologii. Podobną tezę postawił kiedyś Richard Rorty, twierdząc nawet, że przeszliśmy od kultury filozoficznej do kultury literackiej. W przeciwieństwie do niego zdajesz się jednak sądzić, że filozofia może wrócić do gry, że filozofia może na powrót pełnić ważną, inspirującą funkcję społeczną. Tytułowa „wyobraźnia ontologiczna” ma zaś, jeśli dobrze rozumiem, pełnić kluczową rolę w tym procesie. Potrafiłbyś wyjaśnić znaczenie tego pojęcia w sposób zrozumiały dla ludzi, którzy nie siedzą w filozofii na co dzień?

AWN: Rozpocznijmy od prostego stwierdzenia – filozofowanie jako praktyka kulturowa nie musi się odbywać w obrębie formalnie zakreślonej dyscypliny, jaką jest filozofia. To stwierdzenie banalne, pewnie bliskie także Nietzschemu. Wbrew Rorty’emu nie miałbym tyle odwagi, żeby stwierdzić, że przeszliśmy od kultury filozoficznej do literackiej. Półki księgarskie, zawartość komiksów, seriali przeczą temu. Pytania filozoficzne i takie też odpowiedzi mają się całkiem dobrze, a to, że do ich przekazania używa się formy literackiej, filmowej, komiksowej – nic tu nowego. Przecież robił to i Platon w Uczcie, i Montaigne w Próbach.

Wracając do twojego pytania o wyobraźnię ontologiczną – nie mam oczywiście tyle pychy pomieszanej z naiwnością, żeby przypisywać nadmierną sprawczość jednej książce, stąd zastrzeżenie do słowa „kluczowa”, którego użyłeś. Tytułowa wyobraźnia ontologiczna to parafraza, próba wczucia się w „ducha czasu”. Pomysł pożyczyłem oczywiście od Millsa i jego wyobraźni socjologicznej. Jemu chodziło o wskazanie na pewną zdolność, którą należałoby rozwijać, pielęgnować. Wyobraźnia socjologiczna miała być pomocna ludziom w rozwiniętych społeczeństwach przemysłowych.

Czym miała być? Mills zauważył, że nowoczesność po wyrwaniu ludzi z tradycyjnych kontekstów (rodzinnych, wspólnotowych, tradycyjnych) doprowadza do ujednostkowienia bez emancypacji – ludzie tracą grunt, poczucie „bycia u siebie”. Mills opisuje w sposób przekonujący „ludzi średnich”, drugie pokolenie, które pochłonięte przez przemiany nowoczesne ulega fałszywej świadomości i pogrąża się w kulcie jednostkowości. Przez co wydaje im się, że odzyskują kontrolę nad swoim życiem, gdy tymczasem jest wprost przeciwnie – właśnie wtedy je tracą. Stąd Mills wzywał do tego, żeby ćwiczyć wyobraźnię, zdolność odnajdywania siebie w ramach większych całość, wpisywania swej biografii i życia w historię, ramy społeczne. Dopiero to pozwala się wyzwalać. Inaczej, bez świadomości struktury, jesteśmy skazani na ślepe brnięcie w świat konieczności.

Tyle pokrótce Mills. Gdzie zaczyna się moja opowieść? Cóż, żyjemy w innym momencie historycznym, doszły nowe uwarunkowania, a może – co bardziej prawdopodobne – jesteśmy ich bardziej świadomi. Problemy opisywanie przez Millsa nie zniknęły, ale doszły nowe – nasze życie codzienne jak nigdy dotąd przeniknięte jest przez naukę i technikę. Indywidualizacja i atomizacja nie zmniejszyły się, ale doszła do tego alienacja od naszych własnych technonaukowych wytworów. Stąd proponuję, abyśmy ćwiczyli się w nowym rodzaju umiejętności – postrzeganiu świata w jego maksymalnej złożoności, żebyśmy wypracowywali techniki pomagające zauważyć, że nasz telefon produkowany jest przy użyciu koltanu, którego wydobycie odpowiada za wojny domowe w Kongu, a także że ten sam telefon może nam posłużyć do nagłośnienia właśnie tego faktu. Tak jak Mills twierdził, że lekarstwem na alienację nie jest kult jednostkowości, ale zdolność myślenia strukturalnego, tak ja chcę pokazać, że możemy sterować swoim życiem, gdy na chwilę, „taktycznie”, zawiesimy swój wąski, skupiony na ludzkiej sprawczości punktu widzenia.

TSM: Kolejnymi ważnymi – i nawzajem uzupełniającymi się – pojęciami są w twoim wywodzie „wyobraźnia barokowa” oraz phronesis (mądrość praktyczna, roztropność). Do jakiego rodzaju działań one odsyłają? I dlaczego są takie ważne?

AWN:  Tak, już częściowo oba pojęcia pojawiły się w odpowiedzi powyżej. Barokowość wyobraźni to zwrócenie uwagi na potrzebę ćwiczenia zdolności śledzenia wielu porządków jednocześnie oraz umiejętności powstrzymywania się od pośpiesznego zamykania „koncertu doświadczenia” w znanych nam już melodiach. To potrzebne, żeby wyjść poza rytuał odtwarzania swojego usytuowania. Bez tego nie można zobaczyć całej gamy uwarunkowań, który doprowadziły do tego, że jesteśmy tym, kim jesteśmy i w tym miejscu, w którym jesteśmy. Ale barok jest niebezpieczną metaforą, niesie w sobie ładunek przed- a może nawet antynowoczesny. Kiedyś w piśmie „brulion”, gdy przechodziło ono od aktywności kontrkulturowej do rewolucji konserwatywnej przeczytałem złośliwe hasło: open your mind… zleją Ci się do środka. W pewnym sensie ta przestroga jest mi bliska, choć już nie proponowane przez tandem „brulion-Fronda” rozwiązanie.

Wyobraźnia barokowa, otwarcie na świat, na doświadczenie wielości powinna być jedynie momentem przejściowym. To ćwiczenie, które ma umożliwić zobaczenie świata inaczej niż „jest on aktualnie przykrojony”. Nie można jednak w owym doświadczeniu pozostać. To droga donikąd, dlatego Habermas krytykował „rewolucję 68”, dlatego wycofał się z pozycji krytycznych na komunikacyjne, gdyż dostrzegł niebezpieczną politycznie drogę „wskakiwania w otchłań irracjonalizmu”. To, że poćwiczymy zdolność zobaczenia świata poza jego aktualnymi stosunkami władzy i panowania oraz zobaczymy, jak została przykrojona jego złożoność, nie oznacza, że możemy pozostać na gruncie celebrowania tej złożoności. Dojrzenie kłączowatej struktury rzeczywistości i potencjalnie nieskończonej możliwości jej rekonfiguracji nie wystarcza. Nie da się żyć w świecie możliwości. Gdy już dostrzeżmy potencjalną wielość bytów i uwrażliwimy się na „słyszenie wszystkich głosów”, powinniśmy zrobić kolejny krok – wejść w niewdzięczną rolę reduktora, tego, kto decyduje, które głosy są ważniejsze od innych, którym bytom ten głos oddać, a które zmarginalizować. Stąd pojęcie phronesis. Roztropność, mądrość praktyczna – to ćwiczenie w kontekstowym aplikowaniu reguł moralnych, to świadomość, że złożoność, owszem, modyfikuje nasze wybory moralne, ale nas od nich nie zwalnia.

 

TSM: Podoba mi się to, że w piszesz w swojej książce szczerze o napięciu między dwiema perspektywami. Nazwijmy je umownie posthumanistyczną i humanistyczną. Wedle tej pierwszej człowiek od zawsze był uwikłany w relacje z czynnikami pozaludzkimi, nigdy tak naprawdę nie wyrwaliśmy się ze świata przyrody i świata rzeczy, zawsze byliśmy – by posłużyć się metaforą z twojej książki – cyborgami, czyli mieszanką tego, co ludzkie i tego, co pozaludzkie. Z kolei w perspektywie humanistycznej podkreśla się wyjątkowość człowieka, szczególnie na płaszczyźnie wartości. Humanista wierzy, że człowiek może się zdystansować np. wobec wytworów techniki i poddać je krytyce ze swojej czystko ludzkiej perspektywy. Swoją książkę określasz jako próbę przywrócenia humanistycznej, prometejskiej nadziei na podstawie posthumanistycznej ontologii. Dlaczego połączenie tych dwóch perspektywy jest dla ciebie takie ważne? I jak trudno jest to zrobić?

AWN: Jak zauważyłem wcześniej, cyborgami jesteśmy i nimi byliśmy właściwie od początku ludzkiej historii. To raczej kwestia skali, teraz jesteśmy pewnie nimi w większym stopniu niż niegdyś. Posthumanizm uczy nas wrażliwość, pokazuje do jakiego stopnia składamy się z tej plątaniny wielu bytów, że autonomiczny człowiek jest ontologiczną fikcją. Tyle tylko, że posthumanizm, jak i barok, jest niebezpieczny aksjologicznie oraz politycznie. Owszem, człowiek jest fikcją, ale równocześnie jest opowieścią, która potrafi się sama pisać, wyzwalać z uwarunkowań systemowych, społecznych, technicznych, naturalnych. To, że „człowiek nie istnieje” ontologicznie, nie oznacza, że nie warto zawalczyć o stare humanistycznie marzenie – autonomicznego, stwarzającego siebie człowieka. Wchodząc na poziom filozoficzny, moje rozważania są w sumie grą pomiędzy Kantem z jednej strony, a Heideggerem i Adorno z drugiej. Może nie jest to szczególnie widoczne wprost w książce, ale jestem w niej bardzo heglowski i marksowski. Posthumanizm to dla mnie nurt przywracający rolę dialektyczną Innobytu, ale przecież pamiętamy, że aby ruch dialektyczny się dopełnił, potrzebujemy momentu podmiotowego, dopiero wtedy Aufhebung, synteza, jest pełna. Prometejskość to podkreślanie odwagi potrzebnej, aby zawalczyć o ten podmiotowy moment, posthumanizm z kolei to zwrócenie uwagi, że nie możemy przy tym przestać „słuchać bytów”.

TSM: Schodząc bliżej ziemi: jak miałoby to wszystko, o czym mówisz i za czym się opowiadasz, wyglądać w praktyce? Na przykład w polityce? Jak wpłynęłoby na uprawianie polityki przyjęcie proponowanej przez ciebie perspektywy? To jest oczywiście dosyć ogólne pytanie, ale może mógłbyś udzielić szkicowej odpowiedzi na jakimś przykładzie: ocieplania klimatu, migracji, globalizacji, czegokolwiek. Jak na tego rodzaju problemy patrzyłaby polityczka, albo po prostu osoba zaangażowana politycznie, która wzięła sobie do serca tezy z twojej książki? 

AWN:  Książa jest pomyślana jako nakładka filozoficzna, a równocześnie korekta tego, co jest robione w ramach społecznych studiów nad nauką i techniką. U nas wciąż niewiele, ale w ramach tej dyscypliny i jej okolic robi się sporo całkiem aplikowalnych programów, które mógłbym określić jako praktyczne użycie umiejętności nazywanych przeze mnie wyobraźnią ontologiczną. W książce jest rozdział, który na przykładzie historycznym – epidemii cholery w Londynie – pokazuje, jak to może funkcjonować.

Jeśli mam użyć przykładu ad hoc, odwołam się do niedawno wydanej w Polsce książki Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne autorstwa Kate Brown. Znalazłem w niej piękny cytat: Władze amerykańskie i sowieckie początkowo zamierzały produkować pluton w bazach wojskowych za pomocą zmilitaryzowanej siły roboczej. Zmieniono jednak zdanie, kiedy okazało się, że budowlańcy ciągle się upijają i awanturują. Kierownictwo pierwszych na świecie fabryk plutonu zdało sobie sprawę, że pracownicy muszą być trochę mniej niestabilni od wytwarzanego produktu. Zdolność powiązania pojęcia stabilności zarówno z procesem fizycznym (reakcja jądrowa), jak i społeczno-politycznym (polityka zatrudnienia) – to jest właśnie to, o co mi chodzi. Gdy dyskutujemy dziś o energetyce jądrowej często w sposób paniczny, antynaukowy straszy się nas „fizyką”, tym że wyrośnie nam trzecia noga, a nasze dzieci-mutanty posiądą Ziemię. Z kolei strona technokratyczna zbyt łatwo zbywa argumenty „społeczne” jako mało ważne. Potrzeba nam kształcenia dyspozycji, umiejętności, które pomogą dostrzec, że stabilizowanie rzeczywistości (na przykład analogicznie jak w  podanym przypadku elektrowni jądrowej) wymaga stabilizacji sieci wielu bytów, często wydawałoby się niepowiązanych ze sobą, że nie wystarczy tylko nauczyć się stabilizowania uranu bądź radzenia sobie z prętami paliwowymi. Okazuje się bowiem, że trzeba dostrzec też ocean oraz zdać sobie sprawę z konsekwencji niestabilnych form zatrudnienia (katastrofa w Fukushimie).

Trzymając się przykładu energetyki jądrowej, warto zobaczyć dzięki reportażowi Swietlany Alieksiejewicz, że katastrofa w Czarnobylu zdestabilizowała i podmyła oświeceniową nadzieję, która wciąż była obecna w ZSRR. I może katastrofa ta uczyniła więcej spustoszeń w sferze ideowej niż w materialnej (jako wybuch i skażenie). Dlaczego warto ten temat drążyć? Aktualnie istnieją plany budowy polskiej elektrowni jądrowej, byłoby więc dobrze, gdyby zespoły ją projektujące były uzupełnione o ludzi, ekspertyzy, które będą miały odwagę wyobraźni, aby dostrzec całość sieci, przeobrażeń związanych z powstaniem elektrowni. Czy jesteśmy w stanie ustabilizować i atomy (zaplecze techniczne, zapewnienie ciągłości dostaw etc.) i ludzi (instytucje, zasoby edukacyjne, zapewnić ciągłość i stabilność zatrudnienia oraz wymiany pokoleniowej ekspertów i pracowników), czy mamy i/lub potrafimy wytworzyć społeczną nadzieję, wizję, dzięki której cywilne zastosowanie energetyki jądrowej będzie stabilizować, spajać społeczeństwo, a nie stanie się pretekstem do powstania fali irracjonalnych strachów? Wyobraźnia ontologiczna, o której piszę, ma pozwolić odtworzyć możliwie drobiazgowo złożoną sieć, aby następnie wykroić z niej rozwiązanie – ścieżkę, którą mamy zmierzać.

Reklamy

7 comments

  1. Prawdziwa zachęta do całościowej lektury. Bardzo doceniam moment „reduktora”, odkładający na bok relatywizm i nakazujący wziąć odpowiedzialność, działać. No i metafora barokowego „koncertu doświadczenia”, pyszne.

    Z rzeczy innych, cytat: „open Your mind zleją Ci się do środka” jest nieczytelny bez „…” po „mind”, względnie spójnika „a”. Tak też stoi w innych cytowaniach, np. http://psycholada.blogspot.com/2011/12/open-your-mind.html.

  2. Rzeczywiście, ciekawe spojrzenie; zdaje się, że ta „kłączowata” rzeczywistosć
    oraz sieć powiązań, to już ukłon w stronę Latoura. Przypomniał mi się taki jego przykład
    z plagą komarów w Egipcie, powiązaną z systemem irygacyjnym na Nilu…

    Krótko mówiąc, jeśli dobrze rozumiem, potrzeba nam najpierw przebyć fazę uświadomienia,
    rozpoznania barokowej natury naszego świata oraz wątłej i niestabilnej podmiotowości
    człowieka, ażeby na tym gruncie budować nową, bardziej świadomą podmiotowość,
    biorącą pod uwagę złożoną, kłączowatą sieć, której jesteśmy częścią.
    To trochę jak z wielbłądem, lwem i dzieckiem u Nietzschego – na razie jesteśmy
    w większości jucznymi wielbłądami, a mamy być dziećmi.

    Dopóki doraźna potrzeba, lokalna pożyteczność przedsięwzięcia, a w szerszym
    rozumieniu kapitał, bo o to tu chodzi, warunkują nasze poczynania, dopóty nie
    widzę szans na rozwinięcie takiej „ontologicznej wyobraźni”.

    Wywód AWN wydaje mi się jasny w teorii, ale chyba nazbyt ogólny, brakuje mi tu
    jakichś wskazówek, metody odbudowania tej podmiotowości po uprzednim rozpoznaniu
    barokowości. Ponadto, jak już ma być „dla ludzi”, to sformułowania typu „jestem
    trochę heglowski i marksistowski” niewiele tutaj mówią, podobnie jak pisany wielką
    literą „Innobyt”, któremu przywraca się dialektyczną rolę (chociaż mówiłbym raczej
    o „przyznaniu”, nie o „przywróceniu”, bo nie wydaje mi się, by Innobyt kiedykolwiek
    był brany pod uwagę, jak tylko we względach praktycznych).

    • Sądzę, że AWN na dobry początek chciałby do swojej wizji przekonać kilku filozofów i socjologów 🙂 W tym sensie nie kieruje swojej książki wprost do ogółu i nie liczy na to, że wyobraźnia ontologiczna może stać się nagle standardowym rodzajem myślenia o świecie i wchodzenia w relacje z nim.

    • Tak jak pisał TSM, to książka pisana w obrębie pola socjologiczno-filozoficznego, nie ma pretensji do bycia bestsellerem. Zresztą nie mogła taka być, bo to książka na stopień. Planuje książkę na podobny temat napisaną w duchu esejów, ale nie wiem czy ciułając „punkty” znajdę na to czas.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s